Ogromna strata górnictwa, choć węgiel najdroższy w historii

Ponad 1 mld zł straty przyniosło polskie górnictwo węgla kamiennego w 2019 roku. Spadło wydobycie, efektywność, zużycie i import węgla. Wzrosły natomiast jego ceny, wynagrodzenia, zatrudnienie, koszty wydobycia i zwały (do 15 mln ton). Oto 5 powodów dla których w tym roku będzie jeszcze gorzej.

Polskie kopalnie sprzedawały węgiel w 2019 roku najdrożej w historii – średnio po niemal 350 zł za tonę. Pomimo tego strata netto polskiego górnictwa w minionym roku przekroczyła miliard złotych – wynika z danych Agencji Rozwoju Przemysłu. Dla porównania w 2016 roku – gdy kopalnie sprzedawały węgiel o blisko 100 zł taniej za tonę – strata górnictwa była o połowę mniejsza.

Na tak fatalny wynik złożyły się m.in. odpisy księgowe z powodu utraty wartości aktywów, ale zaledwie 214 mln zł zysków na działalności podstawowej i spadek wyniku EBITDA aż o 1,5 mld zł (ponad 40 proc. r/r) też powinny budzić niepokój.

To efekt najwyższych w historii kosztów wydobycia węgla. W 2019 roku wyniosły one niemal 346 zł za tonę. ARP  nie podaje ich niestety w rozbiciu na węgiel koksujący (znacznie droższy i bardziej opłacalny) i energetyczny, ale wiadomo, że plany zbicia kosztów w PGG do ok. 200 zł za tonę okazały się mrzonką.  Cena zbytu węgla energetycznego wyniosły 284 zł, koksującego 606 zł.

Do dalszego wzrostu kosztów funkcjonowania branży przyłożył się m.in. wzrost zatrudnienia w spółkach górniczych z 82,8 do 83,3 tys. osób rok do roku. Z tego liczba pracowników pod ziemią zwiększyła się o dwóch, a liczba pracowników naziemnych wzrosła o pół tysiąca. Do rosnącego zatrudnienia dołożył się  wzrost oferowanych w kopalniach płac (m.in. wypłaty 14-tej pensji w Polskiej Grupie Górniczej znacznie powyżej planów). W rezultacie efektywność wydobycia spadła kolejny rok z rzędu, osiągając 809 ton na zatrudnionego, czyli poziom sprzed… dekady. Najwięcej przeciętny polski górnik wydobywał w 2016 r. (854 tony),  w chwili kiedy zaczęto ostro ciąć koszty i zamknięto kilka kopalń. Potem wszystko wróciło do górniczej "normy", wydajność już tylko spadała.

Te 854 tony na głowę i tak wyglądają żałośnie w porównaniu z ponad 10 tys. ton, który wydobywa przeciętny górnik w głębinowych kopalniach węgla w USA. W 2018 w podziemnych kopalniach w USA pracowało  32 tys. ludzi, ale wydobyto w nich  346 mln ton węgla. W Polsce 80 tys. ludzi wyfedrowało 60 mln ton. Jaka szkoda, że specjalizujące się w organizowaniu wycieczek turystycznych górnicze związki zawodowe nie zaprosiły pracowników w podróż np. do kopalń Wirginii czy Pensylwanii.

Teoretycznie górnictwo mogłoby tak dalej egzystować, osiągając marżę na sprzedaży tony węgla w wysokości 1 proc., ale jest kilka powodów dla których tak się nie stanie, a jeszcze w tym lub kolejnym roku trzeba będzie likwidować następne kopalnie przynoszące najwyższe straty.

Według ARP wydajność jest wyższa (809 ton na pracownika w 2019 roku), niż pokazana na grafie, a wynikająca z podzielenia raportowanych przez ARP zatrudnienia i wydobycia. Może to wynikać z niewliczania przez ARP do kalkulacji wydajności wszystkich pracowników kwalifikowanych jako "zatrudnieni w górnictwie węgla kamiennego".

Fatalna sytuacja w Tauronie Wydobycie i PGG

Po pierwsze, łączne wyniki branży (1,1 mld zł straty netto) to efekt działania zarówno złych jak i dobrych spółek, przynoszących zyski – JSW, wydobywającej głównie drogi węgiel koksowy oraz Bogdanki, sprywatyzowanej dekadę temu i po sześciu latach oraz znacznej poprawie efektywności, ponownie odkupionej przez państwową Eneę. Wstępnie LW Bogdanka wypracowała w minionym roku 309 mln zł zysku, a JSW kolejne 160 mln zł po trzech kwartałach (wyniki za cały rok poznamy w czwartek). Obok nich są jednak jeszcze dwie kolejne państwowe spółki, które radzą sobie fatalnie – Tauron Wydobycie, który po trzech kwartałach miał 676 mln zł straty operacyjnej i Polska Grupa Górnicza, która rok zamknęła stratą netto sięgającą 427 mln zł.

O ile Tauron Wydobycie ma jeszcze finansowanie, bo wisi jak kamień u szyi macierzystego koncernu energetycznego, o tyle PGG (a więc spółka utworzona po – de facto – bankructwie Kompanii Węglowej i KHW) nie ma matki, która zasilałaby ją kroplówką (rząd zmusił do zainwestowania w nią koncerny energetyczne i PGNiG, ale możliwości dokapitalizowywania bankrutującej firmy nie są nieskończone). WysokieNapiecie.pl pisało już, że rząd może wprawdzie dokapitalizować obligacjami skarbu państwa TF Silesia, jednego z akcjonariuszy PGG, a TF Silesia "wstrzyknie" ten kapitał do PGG, ale wymagałoby to znowu zgody Brukseli i zamknięcia w zamian kolejnych kopalń.

Tymczasem łączne długi kopalń, po przejściowym spadku w 2017 r., ponownie rosną. Całe górnictwo węgla kamiennego w 2018 roku było zadłużone na 12,7 mld zł, a w 2019 roku już na 14,8 mld zł.

Koszty wydobycia najwyższe w historii

Po drugie, znowu rosną koszty wydobycia. W tym roku – w zamian za zawieszenie strajków przed wyborami prezydenckimi – pracownicy Polskiej Grupy Górniczej dostali 6-procentowe podwyżki. Spółkę – która, przypomnijmy, miała 427 mln zł straty netto – będzie to kosztować w tym roku dodatkowe 270 mln zł. Z kolei związki zawodowe w Tauronie Wydobycie przed dwoma tygodniami wezwały zarząd spółki do rozpoczęcia rozmów o podwyżkach. W JSW związkowcy i zarząd przerwali rozmowy o podwyżkach w związku z koronawirusem.

W PGG kompletnym fiaskiem  zakończyły się próby wprowadzenia motywacyjnego systemu płac  w poszczególnych kopalniach, bo związki zawodowe się na to nie zgodziły a zarząd, nie mając poparcia rządu, zrezygnował z wdrożenia przygotowanych już planów. W rezultacie koszty stałe w kopalniach, czyli głównie pensje, sięgają już nawet 70 -80 proc.

Co to oznacza? Oddajmy głos naukowcom. "Wśród argumentów uzasadniających wysoki udział kosztów stałych w kosztach całkowitych pojawia się także stwierdzenie, że w polskim górnictwie węglowym wynagrodzenia z narzutami stanowią w 100 proc.  koszt stały, co oznacza, że nie zależą de facto w ogóle od poziomu produkcji. Jest to założenie całkowicie sprzeczne z założeniami rachunkowości zarządczej i racjonalnością ekonomiczną. W skrajnym przypadku zakładamy bowiem, że przy produkcji wynoszącej zero nadal ponosimy te same koszty pracy, co przy maksymalnym wykorzystaniu mocy produkcyjnych" - napisali w zeszłym roku prof. Marian Turek i dr Izabela Jonek-Kowalska z Politechniki Śląskiej. Dodali też, że w innych krajach udział wynagrodzeń górników w kosztach firm jest o połowę niższy i są one zależne od wyników.

Ale większość polskich kopalń już dawno nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek racjonalnością ekonomiczną.

Drogi węgiel podnosi ceny prądu i zwiększa jego import

Po trzecie, ceny węgla energetycznego przez ostatnie trzy lata spadły na świecie o ponad połowę, natomiast w Polsce wzrosły w tym czasie o przeszło 30 proc., osiągając najwyższy poziom w historii. Zgodnie ze światowymi trendami zareagowały jedynie ceny węgla koksującego. Co się stało zatem z węglem energetycznym? W 2017 r. PGG zawarła z elektrowniami i wieloma ciepłowniami kontrakty ze stałą ceną, zupełnie oderwane od cen rynkowych. W dodatku klauzule wypowiedzenia są bardzo długie, sięgają pół roku.  W efekcie stawki po jakich paliwo kupują polskie elektrownie, a tymi płaconymi przez niemieckie czy czeskie, drastycznie się rozjechały. Ceny węgla energetycznego w Amsterdamie spadły do 46 dolarów za tonę, podczas gdy ceny polskiego węgla (w przeliczeniu na tą samą kaloryczność) wyniosły w styczniu 79 dol./t, a więc były o 70 proc. wyższe.

Nie tylko przekłada się to na wzrost cen energii elektrycznej w Polsce, ale też zwiększa import prądu od sąsiadów, z których każdy ma dużo niższe ceny energii od nas. Ponieważ rząd chce zmusić państwowe elektrownie do niekupowania tańszego węgla zza granicy (zresztą spalają go mało, w granicach miliona ton), to spółki energetyczne będą chciały zmusić PGG do obniżenia cen dostarczanego im węgla. Przebąkuje się już o wypowiadaniu kontraktów, zrobiło to już kilka ciepłowni. Każda obniżka cen pogłębi jednak stratę PGG.

Absurd tej sytuacji pokazuje protest związkowców z „Sierpnia 80”, którzy 31 stycznia tego roku zablokowali tory dojazdowe do Elektrowni Łaziska. Tłumaczyli, że blokują dostawy rosyjskiego węgla. Tauron z kolei przekonywał, że węgiel do elektrowni trafia w większości z kopalni PGG Bolesław Śmiały, połączonej z elektrownią taśmociągiem, a reszta przyjeżdża z kopalń Tauronu oraz z KWK Bobrek-Piekary.

Koncern nie dodał jedynie, że nie ma to wielkiego znaczenia bo… elektrownia i tak głównie stoi. Stare, mało efektywne bloki spalające drogi węgiel bardzo rzadko są w ogóle podrywane do ruchu, bo nie opłaca się ich wykorzystywać. W dniu gdy związkowcy blokowali tory, przez cały dzień pracował tylko jeden z pięciu bloków energetycznych i jedynie na pół gwizdka – te pracujące 126 MW z całości 1155 MW mocy osiągalnej to absolutne minimum techniczne elektrowni. Gdyby było to techniczne możliwe, także i ten blok w dniu protestu byłby wygaszony. Przez cały styczeń Łagisza pracowała jedynie na 20 proc. swoich możliwości, w większości z tego ze względu na utrzymanie owego minimum technicznego.

Analitycy PGG wyliczyli, że w wyniku zamknięcia po 2025 roku (skończy się wtedy rynek mocy) nierentowych elektrowni takich jak Łaziska, popyt na węgiel spadnie o kolejne 5 mln ton.

Inwestujemy w kopalnie do zamknięcia

Po czwarte, górnictwo musi mieć pieniądze na inwestycje. Banki, które kiedyś pożyczały pieniądze Kompanii Węglowej, zostały zmuszone do zaakceptowania trudnych warunków restrukturyzacji zadłużenia przy powstawaniu Polskiej Grupy Górniczej i na kolejne ustępstwa mogą nie chcieć już iść. Tymczasem dziś – podobnie jak przez kilka kolejnych dekad – spółki górnicze pakują pieniądze nie tylko w perspektywiczne kopalnie, ale także i te w przynoszące wielomilionowe straty. Inwestują w nie, chociaż jest niemal pewne, że jeszcze w trakcie lub zaraz po zakończeniu tych inwestycji, te kopalnie trzeba będzie zamknąć, aby ratować resztę, jak działo się to już wielokrotnie.

Spada popyt na gruby węgiel

Po piąte, bite rok po roku rekordy temperatur zimą oraz walka ze smogiem sprawiają, ze dwie polskie spółki górnicze z największymi stratami – Tauron Wydobycie i PGG – powoli tracą wysokomarżowych klientów – gospodarstwa domowe, lokalne kotłownie i niewielkie ciepłownie. Sprzedawany im węgiel – o wyższej ziarnistości i kaloryczności, niż miały dla energetyki – jest 2-3 razy droższy. – Jeżeli ograniczymy sprzedaż węgli grubych i średnich, to kopalnię możemy zamknąć – mówił niedawno w rozmowie z WysokieNapiecie.pl przedstawiciel kierownictwa jednej ze spółek. - Na miałach marża jest na poziome zero plus.

W Tauronie np. w 2018 r. węgiel gruby i średni to było zaledwie nieco ponad 20 proc. wydobycia, ale dał on prawie połowę przychodów. Im większy sukces będą odnosiły programy antysmogowe, im więcej ludzi będzie przechodzić na gaz czy pompy ciepła, tym gorsza będzie sytuacja polskich kopalń.

W 2019 r. drobni, komunalni odbiorcy kupili w polskich kopalniach o 1,7 mln ton węgla mniej. W dodatku niskie ceny importowanego surowca sprawiają, że marża kopalń na tym paliwie już istotnie spadła.

Po wyborach znów zamkniemy kilka kopalń

Pięć lat temu, tuż przed wyborami parlamentarnymi, pisaliśmy na łamach WysokieNapiecie.pl, że bez względu na obietnice „niezamykania kopalń”, „otwierania kopalń zamkniętych przez PO-PSL” czy „zasobach węgla na 200 lat wydobycia” i bez względu na to kto wygra te wybory, kolejne kopalnie i tak będą likwidowane ze względu na nierentowne wydobycie i kończące się zasoby węgla.

Pierwsze dwie z nich – Jas-Mos i Makoszowy – zamknięto już kilka miesięcy później. SRK wyliczyła, że likwidacja tylko tej drugiej będzie kosztować podatników ok. 0,5 mld zł. Kolejną, KWK Krupiński, JSW zamknęła w 2017 roku, podsumowując przy okazji, że przez dekadę kopalnia przyniosła tej państwowej spółce (a więc i podatnikom) 1 mld zł strat. W 2018 roku wydobycie węgla zakończono w katowickiej kopalni Wieczorek. Z kolei przed dwoma miesiącami, w styczniu 2020 roku, ostatnia tona węgla na powierzchnię wyjechała z kopalni Piekary.

 

Ze względu na przyznanie pracownikom Polskiej Grupy Górniczej 270 mln zł podwyżek, w spółce mówi się już o konieczności zamknięcia kolejnego zakładu – przynoszącej straty kopalni Pokój (a dokładniej rzecz biorąc ruchu Pokój kopalni Ruda, bo zakład od lat nie jest już samodzielny). W ubiegłym roku straty przyniosły PGG także KWK Wujek i KWK Sośnica. W kolejce czekają już jednak kolejne kopalnie – wciąż przynoszące straty Brzeszcze, których – ze względów politycznych – nie zamknięto w 2015 roku (ówczesna premier Beata Szydło w latach 1998-2005 była burmistrzem Brzeszcz), wraz z kopalniami Janina i Sobieski ciągną na dno cały koncern energetyczny Tauron.

Najgorsza sytuacja jest w kopalni Janina, drugie w kolejności są Brzeszcze. Sobieski ze względu na pokłady dobrego węgla ma jeszcze szanse trochę pofedrować z zyskiem. Jednak, ponieważ Tauron jest zmuszony inwestować we wszystkie trzy zakłady, chociaż dla obserwatorów z zewnątrz jest jasne, że te inwestycje nigdy już się nie spłacą, mniej pieniędzy trafia na tę najbardziej perspektywiczną kopalnię, zmniejszając jej szanse na przetrwanie.

Do wyborów prezydenckich, pomimo coraz trudniejszej sytuacji PGG i Taurona, prawdopodobnie żadna kolejna kopalnia nie zostanie już zamknięta. Jednak po wyborach jest oczywiste, że ponownie czekają nas kolejne likwidacje, bez których nie da się ograniczyć gigantycznych kosztów polskiego górnictwa węglowego.


Autor: Mariusz Kowalewicz
menu
menu