Chirurg mafii wystawiał zwolnienia przestępcom

 Mogli uniknąć odsiadki

Biegły Sądu Okręgowego w Warszawie może trafić na 10 lat do więzienia za wystawianie przestępcom zwolnień lekarskich, które umożliwiały uniknięcie odsiadki. Jeśli śledztwo wykaże, że jego znajomi sędziowie wiedzieli o tym procederze i przymykali na to oko – może dojść do wielkiego skandalu w wymiarze sprawiedliwości.

10 tysięcy złotych – taką kwotę łapówki, zdaniem warszawskiej prokuratury, przyjąć miał Wiesław C. – chirurg wpisany na listę biegłych Sądu Okręgowego w Warszawie. W zamian miał wystawić zaświadczenie, które pomogło stołecznemu gangsterowi uniknąć odsiadki za wyłudzanie mieszkań od osób starszych i schorowanych. Teraz, po półtorarocznym śledztwie, prokuratorzy twierdzą, że ten przypadek nie był wyjątkiem, sam doktor C. uczynił sobie z łapówek stałe źródło dochodu, a jego działalność torpedowała postępowania karne wobec bezwzględnych bandytów. Cała sprawa może się okazać jednym z bardziej bulwersujących skandali korupcyjnych w warszawskim wymiarze sprawiedliwości.

21 lutego 2018 nagłą wizytę doktorowi C. złożyli funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zatrzymali lekarza i przeszukali jego mieszkanie. Znaleźli wówczas 20 tysięcy złotych w gotówce. Te środki pieniężne prokurator zabezpieczył na poczet przyszłych kar – mówi Łukasz Łapczyński – rzecznik stołecznych śledczych. Tego samego dnia chirurg trafił na ulicę Chocimską, gdzie mieści się siedziba Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Usłyszał tam trzy zarzuty: łapownictwa, poświadczenia nieprawdy i poplecznictwa (pomoc w uniknięciu odpowiedzialności karnej). Grozi za to kara do 10 lat pozbawienia wolności. Prokurator wystąpił z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie. Chirurg trafił za kratki, ale jego adwokat przekonał sąd wyższej instancji, że tak surowy środek nie jest jednak konieczny i można go zamienić na poręczenie majątkowe. Na początku kwietnia na konto prokuratury wpłynęło 100 tysięcy złotych, a C. wyszedł na wolność. Jak się miało okazać, nie na długo. 11 lipca znowu zatrzymała go ABW, a w prokuraturze usłyszał 4 kolejne zarzuty. Wszystkie dotyczyły poświadczenia nieprawdy w zwolnieniach lekarskich, skutkujące umożliwieniem osobom skazanym unikania odpowiedzialności karnej. Prokurator ponownie zawnioskował o tymczasowy areszt, a sąd raz jeszcze dał się przekonać. Adwokat mężczyzny tym razem nic już nie wskórał Cz. na trzy miesiące trafił za kratki, gdzie przebywa do dziś.

Według śledztwa warszawskiej prokuratury, przebieg zdarzeń był następujący: w lutym 2016 roku do gabinetu Wiesława C. w ścisłym centrum Warszawy, zgłosił się Wojciech S. S. bardzo się obawiał, że niebawem trafi do aresztu, podejrzany o przestępstwa wyłudzenia nieruchomości. S. sądził, że jedynym sposobem, aby tego uniknąć, jest przedstawienie w sądzie zaświadczenia od lekarza wpisanego na listę biegłych sądowych (C. figurował na tej liście od 2008 roku). Z akt sprawy wynika, że C. wystawił takie zaświadczenie, opatrzył je pieczątką biegłego sądowego i podpisał. Co więcej: sporządził też dokumentację lekarską, z której wynikało, że w październiku 2015 roku zbadał S., który wówczas miał być jego pacjentem i badanie wykazało, że jego stan zdrowia nie pozwala na pobyt S. w izolacji. Z zaświadczenia wynika, że C. stwierdził „przeciwwskazania do pobytu podejrzanego w warunkach aresztu śledczego". Efekt był łatwy do przewidzenia. Sąd Rejonowy w Pruszkowie uznał, że w tej sytuacji Wojciech S. nie może trafić do aresztu i zastosował wobec niego wolnościowe środki zapobiegawcze (kaucję i dozór policyjny). Zdaniem prokuratora, w ten sposób chirurg przeszkadzał w śledztwie i pomagał przestępcy uniknąć odpowiedzialności karnej.

Wojciech S. był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, która zarabiała setki tysięcy złotych na wyłudzaniu mieszkań od osób będących w trudnej sytuacji życiowej. W prokuraturach usłyszał łącznie 15 zarzutów. Mechanizm działania tej grupy był taki sam: osobom starszym i znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej oferowano niskooprocentowane pożyczki hipoteczne pod zastaw mieszkania. Zgodnie z umową, zawieraną w kancelarii notarialnej, pożyczki miały być spłacane w ratach na numer rachunku bankowego, który miał zostać wskazany później. Tyle tylko, że oszukany emeryt nie otrzymywał nigdy numeru konta, więc nie mógł wpłacić pieniędzy. Zgodnie z umową, w takiej sytuacji mieszkanie przechodziło na własność członka grupy. Notariusz wnioskował więc o dokonanie odpowiednich wpisów w księdze wieczystej, a potem lokal trafiał na sprzedaż. W międzyczasie zaczynała się gehenna oszukanych staruszków. Oszuści zmuszali ich siłą i groźbami, aby opuszczali lokale. Wobec jednej staruszki rozpoczęto procedurę prawną zmierzającą do eksmisji. Drugiej wprowadzono do mieszkania alkoholika, aby urządzał awantury i swoim zachowaniem skłonił ją do wyprowadzki. Innego emeryta pobito i grożono mu śmiercią. Zdesperowani ludzie zaczęli zgłaszać się na policję. W końcu sprawą zainteresowała się prokuratura. Jej śledztwo wykazało, że grupa przestępcza opanowała jeszcze jeden mechanizm na przejmowanie nieruchomości: były to fałszywe pełnomocnictwa.

Na czym to polegało? Notariusz dowiadywał się kto jest faktycznym właścicielem nieruchomości, zdobywał jego dane osobowe i na ich podstawie sporządzał upoważnienie do sprzedaży mieszkania, wystawione dla oszusta – mówi policjant, który uczestniczył w śledztwie. – Potem na podstawie tego fałszywego pełnomocnictwa oszust sprzedawał nieruchomość, a cała transakcja odbywała się... w kancelarii tego notariusza. Nieuczciwy prawnik również trafił do aresztu. Postawiono mu zarzuty przekroczenia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustw w stosunku do mienia znacznej wartości a także obrotu nieruchomościami pochodzącymi z przestępstwa w celu uniemożliwiana stwierdzenia ich przestępczego pochodzenia i zajęcia – mówi prokurator Łapczyński. Podejrzani usłyszeli kilkadziesiąt zarzutów zagrożonych karą do 10 lat więzienia i trafili do aresztów. Za kratki nie poszedł natomiast wspomniany Wojciech S., który w pruszkowskim sądzie przedstawił zaświadczenie lekarskie podpisane przez doktora Wiesława C.

Gdy sprawa wyszła na jaw, prokurator postanowił zweryfikować wszystkie zwolnienia wystawiane przez Wiesława C. i przedstawiane w innych śledztwach. Analiza akt doprowadziła śledczego do szokującego wniosku: oto w jednym przypadku zwolnienie lekarskie dla kobiety chirurg opatrzył datą, kiedy nie mogła ona przyjść do niego z wizytą, bowiem... przebywała w innym mieście. Co więcej: zaświadczenie odebrał w jej imieniu konkubent, który potem opowiedział o tym w swoich zeznaniach. Z dokumentu wynikało, że stan zdrowia kobiety jest na tyle poważny, że uniemożliwia jej udział w rozprawach prowadzonych przed warszawskim sądem. W rezultacie, sędzia prowadzący odroczył postępowanie do czasu aż oskarżona wróci do zdrowia. Miało to na celu wydłużanie postępowania i doprowadzenie do jego przedawnienia. W historii polskiej kryminalistyki zdarzało się, że biegli wystawiali zaświadczenia umożliwiające wymiganie się od więzienia – mówi Krystyna Kuźmicz, emerytowana oficer policji kryminalnej, dziś prywatny detektyw. – Ale o wystawieniu takiego dokumentu osobie, której się nie widziało na oczy, nigdy wcześniej nie słyszałam. Podobne zaświadczenie Wiesław C. wystawił jeszcze jednej osobie, jednak tym razem udowodniono, że przynajmniej przyjął ją w gabinecie i przebadał.

Prokuratorzy twierdzą, że C. wystawił jeszcze za pieniądze dwa zaświadczenia. Oba dokumenty dotyczyły stanu zdrowia kobiety skazanej prawomocnym wyrokiem za oszustwa. Kobieta walczyła o odroczenie wykonania kary więzienia. C. napisał, że powinna ona poddać się skomplikowanej operacji „w trybie pilnym", jej pobyt w zakładzie karnym jest niemożliwy i zagraża jej życiu. Dzięki temu nie trafiła za kratki.

Gdy o praktykach doktora C. zrobiło się głośno, Okręgowa Izba Lekarska nie udzieliła mu rekomendacji umożliwiającej przedłużenie statusu biegłego sądowego. W rezultacie, w grudniu 2017, prezes Sądu Okręgowego w Warszawie nakazał wykreślenie jego nazwiska z listy biegłych sądowych. Zachowanie Cz. świadczy o tym, że nie spodziewał się poważniejszych kłopotów. Nadal przychodził do pracy i leczył pacjentów, tyle tylko, że nie mógł już wystawiać zaświadczeń używanych w procesach karnych i śledztwach prokuratorskich. W końcu, jego pracę przerwała wizyta ABW.

Sam C. po tym, jak go zatrzymano, dwukrotnie był przesłuchiwany. Za pierwszym razem złożył obszerne wyjaśnienia, w których zaprzeczył stawianym zarzutom, ale prokurator nie dał mu wiary. Za drugim razem, odmówił odpowiedzi na pytania. Wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek afery z jego udziałem. Prokuratorzy sądzą, że w zamian za łapówki mógł wystawić jeszcze kilkanaście fałszywych zwolnień. Tym, którzy wręczali mu pieniądze, zaoferowali uniknięcie odpowiedzialności karnej w zamian za złożenie zeznań. Sam Wiesław C. czeka na finał śledztwa w areszcie. Śledczy sprawdzają czy o jego działaniach wiedzieli sędziowie z Warszawy. Jeśli wiedzieli i jeśli nie reagowali - sprawa będzie jednym z większych skandali w wymiarze sprawiedliwości.

 

Wirtualna Polska


Autor: Mariusz Kowalewicz
menu
menu